Dzieci w Łodzi, Łódź dzieciom Dzieci w Łodzi, Łódź dzieciom Dzieci w Łodzi, Łódź dzieciom Dzieci w Łodzi, Łódź dzieciom Dzieci w Łodzi, Łódź dzieciom
Czytelnia - Wywiady z
Najcenniejszy jest uśmiech dziecka



łódź dla dzieci, łódź dzieciom

 

Uśmiechnięta, niezwykle komunikatywna i otwarta na nowych ludzi. Ma 23 lata, studiuje Finanse i Rachunkowość oraz filologię rosyjską z ukrainistyką. Od dwóch lat jest wolontariuszką w hospicjum dziecięcym Fundacji GAJUSZ, ale większość jej znajomych nawet o tym nie wie. Opowiadając o swojej podopiecznej, cierpiącej na rdzeniowy zanik mięśni Marysi*, którą zajmowała się 1,5 roku często używa czasu teraźniejszego, bo zmarła dziewczynka wciąż żyje w jej sercu i wspomnieniach. Teraz  zaczyna budować nową relację - z Antkiem, dzieckiem bez kontaktu. Małgorzata Karasek pomaga dzieciom nieuleczalnie chorym, czyniąc ich życie lepszym.
 

 

DzieciwŁodzi: Dlaczego postanowiłaś zostać wolontariuszką w hospicjum dla dzieci?
 
Małgorzata Karasek: Byłam wolontariuszką przy wielu imprezach kulturalnych i w różnych organizacjach, ale do przyłączenia się do Fundacji GAJUSZ natchnęła mnie moja koleżanka ze studiów, która sama tam pomagała i zapytała mnie, czy i ja nie chciałabym spróbować. A ja już wcześniej myślałam, że wprawdzie fajnie jest być wolontariuszką i pomagać przy organizacji eventu kulturalnego, ale dobrze byłoby również robić coś, co będzie miało wypływ na jedną, konkretną osobę, co pomoże choćby jednemu człowiekowi. Dlatego postanowiłam spróbować i zapisałam się na szkolenie.
 
 
 
DzieciwŁodzi: Dlaczego wybrałaś pracę z dziećmi, bo przecież pomagać można również osobom dorosłym i seniorom w domach opieki lub domach starców?
 
Małgorzata Karasek: Bardzo lubię dzieci, a ponieważ nie mam wielu maluchów w bezpośrednim otoczeniu to stwierdziłam, że miło byłoby pracować z kimś, kto wniesie spontaniczną radość w moje życie, z kim można się pobawić i pośmiać. Myślę, że wolontariat robi się też dla siebie, chciałam jakby powrócić do dzieciństwa, poczuć się znów małą dziewczynką...
 
 
 
DzieciwŁodzi: Jak wygląda wolontariat w hospicjum dla dzieci?
 
Małgorzata Karasek: Wolontariat w GAJUSZU ma trzy odnogi: można być wolontariuszem oddziałowym, czyli chodzić do dzieci leżących na oddziale - tak jak ja; być wolontariuszem w hospicjum domowym – jeżdżącym do domu jednego, konkretnego podopiecznego bądź wolontariuszem akcyjnym – uczestniczyć w organizacji imprez integracyjnych lub koncertów charytatywnych. W przypadku wolontariusza w hospicjum domowym niesamowite jest to, że dany dzień należy tylko do jednego dziecka np. z moją poprzednią podopieczną - Marysią naszym „dniem świętym” była środa. Na początku Marysieńka była nieufna, ale z czasem zbudowałyśmy naszą relację na tyle, że stając w drzwiach widziałam na jej twarzy uśmiech od ucha do ucha. Choćby dla takich chwil warto zostać wolontariuszem.
 
 
 
DzieciwŁodzi: Dlaczego wybrałaś hospicjum domowe?
 
Małgorzata Karasek: Właściwie to była bardziej decyzja mojej ówczesnej koordynatorki, która widziała, że jestem typem wiercipięty i bardzo lubię podróżować. Dlatego zapytała mnie, czy nie chciałabym jeździć poza Łódź (większość wolontariuszy nie ma na to czasu). Zgodziłam się tym bardziej, że wioska w której mieszkała Marysia, była blisko miasteczka, w której znajduje się mój dom rodzinny.
 
 
DzieciwŁodzi: Ile lat miała, na co chorowała Twoja pierwsza podopieczna?
 
Małgorzata Karasek: Marysia miała 13 lat i była dzieckiem zamkniętym w sobie, czuła się ciężarem dla swojej rodziny. Właściwie cały czas spędzała sama, przed telewizorem, bo wprawdzie miała starszą siostrę, ale Monika zawsze była poza domem. W miejscowości, w której mieszkała nie było wielu atrakcji. Marysia znała wszystkie seriale i programy muzyczne w MTV. Cierpiała na rdzeniowy zanik mięśni, czyli osłabienie wszystkich układów, objawiający się m.in. „wykręceniem” wszystkich kończyn i deformacją torsu.
 
 
 
DzieciwŁodzi: Nie miałaś kontaktu z dziećmi zdrowymi, a musiałaś pracować z dzieckiem zdeformowanym i niepełnosprawnym, czy to nie był dla Ciebie szok?
 
Małgorzata Karasek: Nie, deformacja jej ciała nie była dla mnie szokiem. Poza tym Marysia miała bardzo ładną twarzyczkę. Była dziewczynką, z którą można było porozmawiać na wiele tematów. Wygląd w naszym życiu nie jest przecież najistotniejszy.  Marysieńce większość dnia upływała na oglądaniu telewizji. Czasem zdawała mi relację z tego, co się dzieje w serialach, których nigdy nie śledziłam. Większym szokiem była postawa jej rodziny - zazwyczaj dzieci w hospicjach są bardzo kochane przez rodziców, którzy nieustannie starają się im okazać, że są dla niech najpiękniejsze i najmądrzejsze - tutaj, niestety, nie było tak różowo.
 
 
 
DzieciwŁodzi: A Ciebie jak traktowała ta rodzina?
 
Małgorzata Karasek: Miałam sporadyczny kontakt z mamą Marysi, raczej na zasadzie 'dzień dobry'. Najważniejsze dla mnie było budowanie kontaktu z nią samą, a był proces długotrwały, ponieważ dziewczynka na początku podchodziła do mnie z dystansem. Ja mówiłam i pytałam, a ona odpowiadała jedynie tak albo nie. Później widać było malutkie kroczki do przodu, np. dzwoniła do mnie lub wysyłała smsy przed moim przyjazdem, z prośbą o jakiś drobiazg lub o przywiezienie jej jakiejś płyty lub książeczki. Przełomem dla nas stał się Dzień Dziecka, kiedy Fundacja Mam Marzenie postanowiła zrealizować pragnienie Marysi, którym było przekłucie uszu i wyjście do kina. Trudno było znaleźć gabinet kosmetyczny, gdzie zechcianoby przekłuć uszy w sobotę,  ale w końcu się udało, a później poszłyśmy do kina na Shreka i miałyśmy króciutki rajd po Manufakturze.
 
Z takich marzeń Marysi -  piękne było to, że na przykład bardzo chciała móc sobie zerwać truskawkę z krzaczka. Nam to się wydaje takie hiper-oczywiste, a od Marysi nauczyłam się dostrzegać i cenić rzeczy, które mamy na wyciągnięcie ręki. Coś, co nam nie sprawia żadnej radości, co wykonujemy automatycznie dla Marysi było szczytem marzeń albo olbrzymim osiągnięciem.
 
DzieciwŁodzi: Czyli uczenie się od siebie wzajemnie?
 
Małgorzata Karasek: Tak, myślę, że Marysia o wiele więcej mi dała, niż ja jej. Od dzieci nieuleczalnie chorych można się dużo nauczyć, zwłaszcza dostrzegania najprostszych radości dnia codziennego i zauważania, że to co nam się wydaje problemem w stosunku do tego, co przeżywają te dzieci jest banalne - one sobie radzą z bólem i cierpieniem. Uczą nas dzielności i mądrości życiowej.
 
 
DzieciwŁodzi: Marysia już nie żyje?
 
Małgorzata Karasek: Tak, głównie przez zaniedbanie jej rodziny, która zostawiła ją w zimie na wiele godzin, w wózku na zewnątrz i dziewczynka dostała zapalenia płuc z powikłaniami. Pozostał żal do sąsiadów, którzy widzieli, że Marysia stoi w wózku na zimnie, a mimo to nikt nie zareagował. Marysia przez swoją chorobę miała obniżoną odporność i jej organizm nie bronił się. Trafiła do szpitala. Rozmawiałyśmy nawet przez telefon, ale parę dni później dostałam smsa z jej numeru z informacją, że ona nie żyje (wysłała go jej siostra). To była traumatyczna sytuacja, nie mogłam w to uwierzyć. Po jej śmierci miałam czas żałoby, a teraz się zajmuję Antkiem, którego nazwa choroby jest tak skomplikowana, że trudno ją  powtórzyć z pamięci (Ceroidolipofuscynoza neutronalna typu I + wyniszczenie organizmu [PEG]). Chłopiec w tym roku skończy 17 lat, ale jest bardzo mały. Antek jest „dzieckiem bez kontaktu”, tzn. leży, ma otwarte oczka, potrafi wydać jakiś dźwięk, np. jak ktoś mu się bardzo nie podoba, reaguje dźwiękiem podobnym do cichego krzyku. Wcześniej bałam się pracy z dziećmi bez kontaktu, dlatego że trudniej zauważyć czy są zadowolone, czy coś je boli . W przypadku Antka bardzo cenne są rozmowy z jego mamą czy malutkim kuzynem. Jest też większa współpraca i koordynacja z mamą Antka, której pomagam go kąpać i przebierać, zabierać na spacery. Antkowi się czyta, opowiada o tym co się działo w ciągu minionego tygodnia. Ma co prawda nauczanie indywidualne, tak jak Marysia, ale ona miała normalne prace domowe z polskiego, matematyki czy przyrody, a w przypadku Antka wysiłek nauczycieli ogranicza się do rehabilitacji. Nigdy nie miałam cierpliwości do pisania pamiętnika, ale Antkowi można wszystko powiedzieć, jak najlepszej przyjaciółce, zawsze to spokojnie wysłucha, potrafi czasem się nawet uśmiechnąć.
 
 
 
DzieciwŁodzi: Rodzina Antka traktuje Cię lepiej niż mama Marysi?
 
Małgorzata Karasek: Widzę dużą różnicę w porównaniu z rodziną Marysi. Mama Antka jest bardzo zaangażowana, stara się zorganizować mu urozmaicone dni, mimo że on cały czas leży w łóżeczku. Bardzo przeżywa i cieszy się z każdego jego osiągnięcia. Widać ogromną miłość do niego.
 
 
 
DzieciwŁodzi: Czy fundacja jakoś wspiera swoich wolontariuszy?
 
Małgorzata Karasek: GAJUSZ bardzo pomaga organizując różne zajęcia i warsztaty, poruszające zarówno tematy sposobów zajmowania się dzieckiem jak i radzenia sobie z własnymi emocjami. Wśród nich są szkolenia wstępne dla wolontariuszy (4 - 6tyg.) oraz wiele innych zajęć fakultatywnych m.in. z pierwszej pomocy, z obsługi podstawowego sprzętu medycznego, warsztaty z psychologiem. Można spotkać się z księdzem, który pomaga rodzicom radzić sobie w przypadku śmierci dziecka, warsztaty o grach i zabawach, jakie można przygotowywać dla dzieci w kontakcie i bez kontaktu, o roli bajki w życiu dziecka itp. Poza tym zawsze możemy porozmawiać z koordynatorką lub psycholog osobiście, bądź przez telefon lub Skype.
 
 
 
DzieciwŁodzi: Czy nie obawiasz się, że nieustanny kontakt z dziećmi chorymi, cierpieniem i śmiercią może wpłynąć negatywnie na Twój stan psychiczny?
 
Małgorzata Karasek: Staram się o tym nie myśleć, bo idąc tym tropem należałoby siedzieć ciągle w domu. Jeśli chodzi o kontakt ze śmiercią to jesteśmy przygotowywani już od pierwszego szkolenia, kiedy decydujemy się, żeby zostać wolontariuszami i zawsze możemy liczyć na wsparcie naszej koordynatorki Juliany oraz pani psycholog, do których można w każdej chwili zadzwonić. Staram się wyprzeć ze świadomości myśl, że jutro mogę już tych dzieci nie zobaczyć.
 
 
 
DzieciwŁodzi: Czy te dzieci wiedzą, jaki los je czeka?
 
Małgorzata Karasek: Marysia zdawała sobie z tego sprawę, bo kiedyś mi powiedziała, że tam jej będzie lepiej, bo przecież tu jest ciężarem dla mamy i dla siostry, a tam będzie mogła zrywać swoje truskawki. Powiedziała również, że kiedyś się zobaczymy i że będziemy mogły porobić te rzeczy, których tutaj nie mogłyśmy.
 
 
 
DzieciwŁodzi: Dużo osób w Twoim wieku prowadzi konsumpcyjny tryb życia i nigdy nie myślało o niesieniu pomocy innym. Jak reagują Twoi znajomi na wieść, że jesteś wolontariuszką?
 
Małgorzata Karasek: Duża część moich znajomych nie wie o tym. Robię to dla mojego podopiecznego, a nie po to, by się promować dzięki niemu. Niestety spotkałam się z opiniami, że niektórzy decydując się na wolontariat robią to jedynie po to, aby tuż obok perspektywicznego kierunku studiów i listy kursów dodatkowych, mieć „atrakcyjny” punkt w curriculum vitae.
 
 
 
DzieciwŁodzi: A Twoja rodzina jak zareagowała na ten pomysł?
 
Małgorzata Karasek: Myślę, że mój tato jest ze mnie dumny. Wprawdzie nigdy mi tego nie powiedział, ale widziałam ciepłe światełko w jego oczach, gdy oznajmiłam, że chcę zostać wolontariuszką. Moja mama zareagowała odmiennie. Wie, że jestem optymistką, ale uważała, że kontakt z chorymi dziećmi sprawi, że zgubię swój optymizm. Natomiast teraz stwierdziła, że skoro czuję taką potrzebę i to się nie zmieniło od dwóch lat, to ona bardzo się cieszy.
 
 
 
DzieciwŁodzi: Co przynosi największą satysfakcję w pracy z dziećmi z hospicjum?
 
Małgorzata Karasek: Uśmiech. Kiedy zaczęłam jeździć do Marysi i po kilku, no może kilkunastu spotkaniach widziałam, że ona autentycznie cieszy się z mojego przyjazdu. Wielka radością było dla mnie to, że mi pisała, że dostała piątkę z chemii, czy widziała ładne kwiatki. A już szczytem mojej satysfakcji było jak coś dla mnie zrobiła, jak poświęciła dla mnie czas, bo wiedziałam, ile kosztowało ją to wysiłku. Fajne też były takie momenty, kiedy Marysia mówiła o postępach w walce ze swoją chorobą, że zrobiła już to i to, i że teraz może zrobić tamto. Cieszyło mnie to, że chce się ze mną dzielić swoimi emocjami, spostrzeżeniami, to było najcenniejsze. W przypadku Antka, z którym dopiero buduję tą relację, cieszy mnie to, że zaczyna mnie poznawać, reagować na mój głos i na to, że jestem.
 
 
 
DzieciwŁodzi: O czym należy pamiętać pracując z dziećmi nieuleczalnie chorymi?
 
Małgorzata Karasek: Jest dużo takich rzeczy. Jak się zostaje wolontariuszem trzeba pamiętać, że jest się tam dla nich, a nie po to, żeby leczyć jakieś swoje kompleksy. Trzeba pamiętać też o tym, że spotkania z nami mogą stać się dla tych dzieci takim oknem na świat, takim powiewem świeżość, pokazaniem czym można się zająć, co się dzieje na zewnątrz itp. Możemy uczynić ich życie bardziej kolorowym i ciekawszym.
 
 
 
*imiona dzieci zostały zmienione
 
 
Wywiad przeprowadziła: Anna Matusiak
 
 
 
 
 
Komentarze
Brak komentarzy
Dodaj komentarz
Autor
Tytuł
Treść

Patronaty

Łódź dla dzieci, Łódź dzieciom
  Łódź Bajkowa – projekt, w ramach którego tworzony jest rodzinny szlak turystyczny po mieście Łodzi śladami małych pomników przedstawiających postaci z seriali dla dzieci i filmów Studia Małych Form Filmowych Se-ma-for.   

Facebook

Wydarzenia

Aby zobaczyć wydarzenia kliknij na dany dzień.

Wyszukiwarka